| Białystok - u Pana Boga za piecem |
|
|
|
|
Marilyn Monroe miała rację: pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy – jak najbardziej! Widać to doskonale w pewnym centrum handlowym na obrzeżach Białegostoku. Tysiące ludzi tygodniowo rozwija tu swoją wyobraźnię uszczuplając stan konta.
Na parkingu land rovery, ople, volkswageny, toyoty, peugeoty i zawsze kilka autokarów z Białorusi. Przyjeżdżając tu trzeba pamiętać, by mieć spory zapas gotówki. Albo talię kart kredytowych. Patrząc na tłumy w sklepie i wypełnione kosze klientów, jest jasne, że ludzie w Białymstoku mają jedno i drugie. Pewnie dlatego w mieście powstaną niebawem cztery nowe galerie handlowe. Ogród i Pałac Branickich Grupa turystów francuskich, która odwiedza województwo podlaskie już przy wjeździe do Białegostoku jest zaskoczona: Makro! McDonald! Auchan! Aż tutaj! Dziwi ich też wszechobecny zasięg telefonów komórkowych i dobra jakość samochodów na ulicach. Francuzi obserwują mieszkańców miasta, a jeszcze wnikliwiej mieszkanki. Jean-Pierre, przełamując swoją niechęć do angielskiego, pyta grupkę roześmianych dziewczyn „What time...?” Po chwili toczy się rozmowa po angielsku i francusku. Goście są mile zaskoczeni. Kiedy rozmówczynie odchodzą jak stadko kolorowych ptaków, pozostawiając w powietrzu słodki zapach pomarańczy, proszą by usiąść w restauracji, porozmawiać. Proszę bardzo Jesteśmy w centrum miasta. Wybór restauracji, kafeterii, pub’ów i pizzerii - ogromny. Wokół mnóstwo ludzi, muzyka, dzwonki telefonów komórkowych, sklepy z trwającą nieprzerwanie promocją. Wybieramy przytulną pijalnię czekolady. Siedząc w wiklinowych fotelach, mamy widok na nietypowy w Europie rynek w kształcie trójkąta, Ratusz, w którym przez kilkadziesiąt lat mieściły się kramy kupców polskich i żydowskich. Przed nami barwna plejada spacerowiczów: studenci z dredami oglądają książki na wystawie księgarni, zakochani z goframi w dłoniach zdmuchują sobie wzajemnie cukier puder z ust, młody tata podnosi wysoko ku niebu roześmianą czteroletnią damę. Brama wjazdowa na dziedziniec Pałacu Branickich To co było Opowiadam moim gościom historię o człowieku, który kochał piękno i tworzył to miasto przed wiekami. Mówię o hetmanie Branickim, jego młodej żonie, ambicjach, by ich osiemnastowieczny Białystok stał się Wersalem Północy, centrum życia kulturalnego, naukowego, wreszcie miejscem stworzonym do kochania. Zapytana o teraźniejszość opowiadam o planowanej budowie Parku Naukowo – Technologicznego i lotniska, Światowym Kongresie Esperanto przewidzianym na rok 2009, wielkich centrach handlowych w trakcie realizacji. Francuzi kiwają głowami: rozwój Polski Wschodniej, dofinansowanie Unii Europejskiej, umacnianie lokalnej przedsiębiorczości, inwestorzy krajowi i zagraniczni. C’est ųa, oui,oui! Zapraszam francuskich gości na spacer po centrum miasta. Idziemy przez Planty, największy białostocki park. Przez gałęzie ciemnozielonych drzew widać główny zabytek Białegostoku – Pałac Branickich podświetlony na złoto. Na tle granatowego nieba wygląda bajecznie, jak spełniony sen artysty. Oczyma wyobraźni widzę kobiety z czasów Branickiego - damy w sukniach do ziemi, w misternych fryzurach, przechadzające się po Parku z parasolkami w dłoniach. Wyobrażam sobie ich rozmowy o jednym z zakupów Branickiego – kurtynie teatralnej wysadzanej drogimi kamieniami, której cena stanowiła podobno – bagatela!- równowartość dwóch okrętów. Kolorowa fontanna w Parku Planty Życie jest piękne Jest środa, po dwudziestej. Słychać śpiew, muzykę. To karaoke w pobliskim klubie jazz’owym. Goście chcą tam zajrzeć. Wewnątrz gorący, rozbawiony tłum. La Vita bella! Życie jest piękne! Zabawa trwa! Blondynka na scenie śpiewa "I will always love you" Withney Houston. Po niej jeszcze kilkanaście osób próbuje swoich sił. Dziewczyny piszczą, tłum się kołysze, barman zapala nastrojowe światło. Nagle utwór „Pour que tu m’aimes encore” Céline Dion. To chyba prezent od Losu dla moich gości. Wokół robi się ciszej, spokojniej, czas zwalnia. Młody chłopak całuje we włosy swoją dziewczynę stojącą przed nim nieruchomo, nie widząc wcale, że zakręciła jej się łza w oku. Choć stale mówimy po francusku, mam wrażenie, że moi goście coraz więcej rozumieją po polsku. Milkną patrząc na kobietę, który delikatnie dotyka policzka towarzyszącego jej mężczyzny mówiąc: ”Kocham Cię”. Wychodzimy powoli do kawiarnianego ogródka. Niebo tej nocy ma barwę błękitu paryskiego. Jean – Pierre pyta za co lubię to miasto. Opowiadam historię, która miała miejsce w jednym z francuskich marketów w Białymstoku. Bulwary Zydrama Kościałkowskiego Ludzie Tak, jak w całej Polsce i Europie, centrum handlowe staje się dziś miejscem wycieczek rodzinnych i spotkań towarzyskich, poszukiwań szczęścia w zakupach. Mój kolega w ferworze zabawy w centrum handlowym zgubił portfel. Szukał go, mijając gorączkowo tłumy, zaglądając pod półki, pytając wszystkie spotkane pracownice centrum. Trwało to wieczność. W sercu panika, w ustach suchość, na czole - pot. W końcu, nie poddając się, zajrzał ponownie do działu reklamacji pytając o swoją zgubę. Dziewczyna sprawdziła dane osobowe kolegi i wręczyła portfel znaleziony przez starszego pana na parkingu. W środku - karty, dowód osobisty, wszystkie pieniądze. Oszołomiony właściciel patrząc na setki ludzi przy kasach z niedowierzaniem mówi: ”To cud!”. Jean-Pierre uśmiecha się. Nie, takie rzeczy się nie zdarzają. Drążąc temat, docieka więc dalej za co lubię moje miasto. Jest środek nocy. Ciepło i pięknie. Jakiś chłopak przytula dziewczynę głaszcząc ją pod długich włosach. Mówi do niej:”Moje szczęście”, a ona czule na niego patrzy. Pokazuję ich. Za to. Za to, że tu nie tylko zakupy dają szczęście.. Ewa Konopka |
|
| Zmieniony ( 25.10.2007. ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|























