Menu Content/Inhalt
Argentyńska yerba mate napój podarowany przez bogów PDF Drukuj Email

 Stłoczona w autobusie, który opuścił chilijskie miasteczko Puerto Nattales i ruszył w kierunku przejścia granicznego z Argentyną, zaczynam uważnie przyglądać się pozostałym pasażerom. Turyści z wielkimi plecakami, z twarzami
spękanymi od andyjskiego wiatru i słońca, miejscowe kobiety z  pakunkami, kilku wojskowych, podejrzewam,
ze to pracownicy straży granicznej.

jerba-3_5_copy.jpg Lubię obserwować ludzi, przyglądać się ich twarzom, na których wypisane są często całe historie, lubię obserwować ich zachowania, przyglądać się strojom, w które są ubrani. Nie jestem w stanie w trakcie takich podroży czytać gazet lub książek, najpiękniejsza i najciekawsza historia dzieje się przecież właśnie na żywo i te obserwacje pochłaniają mnie bez reszty. Chciałabym mieć zamiast powiek migawki aparatu fotograficznego. Jedno mrugniecie i moment, obraz, który widzę, zostałby zatrzymany na zawsze. Wielki aparat często zawstydza współpodróżnych, a czasami zwyczajnie brakuje na to czasu.
 Moją uwagę przykuwają niemal od razu osoby, wyciągające tuż po opuszczeniu miasteczka termosy z gorącą wodą, dziwne kubeczki-dzbanuszki, do których wsypują coś, co przypomina mi na pierwszy rzut oka zieloną herbatę. Sączą ten napój przez nietypowe, czasem metalowe, czasem drewniane, dziwnie wygięte, grube słomki. Staram się najdyskretniej, jak to możliwe, by nikogo nie urazić moją „ciekawskością”, zajrzeć do środka tego kubka. Jak to możliwe, że ten napój im się nie wylewa podczas jazdy po wyboistych drogach? Zezując na boki, z przerażeniem stwierdzam, że kubek jest pełen zielonych „fusów”, że owych ziół, czy też herbaty jest tak dużo, że gruba słomka niemal pionowo stoi w kubku, ledwo tylko zalanym woda. Co to jest?- pytam sąsiadki, kobiety w wieku mniej więcej mojej mamy, która także schyla się do swojej podręcznej torby, by odnaleźć termos i swój metalowy kubeczek. Yerba mate- odpowiada jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.   Zaraz potem przygląda mi się z równym zaciekawieniem, jak ja owym dziwnym trunkom. Patrzy jak na Marsjankę, która właśnie chwilę temu wylądowała na Ziemi i nie zna jeszcze tego boskiego, podstawowego napoju, bez którego nikt w Ameryce Południowej nie wyobraża sobie dnia.
 Ja gapię się w kubki, a sąsiadka pokazuje mnie bezwstydnie palcem innym pasażerkom. Nie rozumiem, co mówi, ale mogę się domyśleć:- Patrzcie, tak wygląda ktoś, kto nigdy w życiu nie pil yerba mate. Pozostali spoglądają na mnie z równym zaciekawieniem, nawet żalem, czy politowaniem:- Biedactwo, nie wie, co dobre, to co ona pije?. Potem podają mi kubek i proszą, bym spróbowała. Jestem przygotowana na najgorsze. Napój wygląda źle, ale przecież smakować może jeszcze gorzej. Biorę mały łyk przez metalową słomkę i moje usta wypełnia ciepły płyn o zielonkawej barwie i ostrym, cierpkim smaku. Brrrr... Mobilizuję wszystkie siły, by powstrzymać się od kapryśnego grymasu na twarzy. Niedobre, cierpkie, goryczkowe, gorzkawo-słodkawe, oto pierwsze wrażenia smakowe. Dziękuję i odpowiadam najgrzeczniej jak potrafię, że smak ciekawy, ale wolę chyba zieloną herbatę, albo kawę. Na twarzach moich sąsiadów rysuje się brak zrozumienia i zaczyna się proces edukacji. Moja sześciogodzinna podroż autokarem zamienia się w misję nawrócenia białej turystki na jedyną właściwą drogę, która pomoże zrozumieć i docenić walory tego trunku, i pokochać go na zawsze. Niemożliwe- wzdrygam się. Zobaczymy- chichocze sąsiadka.
 Co to właściwie jest?- pytam. Dowiaduję się, że yerba mate jest napojem przygotowywanym z liści raczej mało znanej nam, Europejczykom, rośliny- ostrokrzewu paragwajskiego. To średniej wysokości drzewo rośnie w Ameryce Południowej w lasach podzwrotnikowych, głównie w Argentynie, Urugwaju, Paragwaju i w południowej Brazylii. Eksperymenty z sadzeniem yerby w Azji czy Afryce nie powiodły się, być może dlatego, że ostrokrzew paragwajski jest rośliną, która zarówno w stanie naturalnym, jak pod uprawę, występuje tylko w najczystszych, najmniej skażonych miejscach na naszej planecie. W naturalnych warunkach może osiągać aż piętnaście metrów wysokości, ale uprawiana pod czujnym okiem ogrodników osiąga maksymalnie do sześciu metrów i wówczas jej liście są najwartościowsze. To one są najważniejsze i stanowią sekret yerba mate. Mają podłużny kształt, są skórzaste, odwrotnie jajowate, karbowane na brzegu, jasnozielone i błyszczące.
 Proces produkcji uzyskania najsmaczniejszej yerba mate jest skomplikowany i trudny z wielu względów. Podstawowe wymagania tej rośliny to czysta gleba i powietrze oraz dostateczna ilość czystej deszczowej wody. Na początku należy posadzić sadzonki w specjalnie zbudowanych szklarniach, w których nabierają siły i odporności, by osiągnąć właściwą dojrzałość. Wówczas rozsadza się je w odpowiednich odstępach i starannie doglądając i pielęgnując, pozwala się im swobodnie dalej rosnąć. Zależnie od gatunku napoju, który ma być otrzymywany, po okresie od około dwóch do nawet dziesięciu lat, zbiera się najlepsze liście wraz z częściami gałązek i nasion. Zbiorów dokonuję się ręcznie, co gwarantuje dokładną selekcję liści i pączków, a do fabryk dostarczane są tylko rośliny uprawiane metodami tradycyjnymi, bez stosowania żadnych środków chemicznych. W fabrykach odbywa się wiele skomplikowanych procesów, które maja potem ogromne znaczenie dla smaku i właściwości naparu: rozdrabnianie, prażenie na specjalnych sitach, aromatyzowanie i na końcu oczywiście paczkowanie, by gotowy produkt mógł trafić w ręce tak wiernych klientów, jak moi sąsiedzi w autobusie. Co roku produkowanych jest ponad trzysta tysięcy ton yerba mate.
 Towarzysze mojej podroży nadal dziwią mi się, że nie znałam wcześniej tego napoju. Przecież Indianie Ameryki Południowej pili już go w czasach prekolumbijskich. Zaparzali yerbę w charakterystycznych naczynkach i początkowo pili ją cedząc przez zęby. Nietrudno się domyśleć, że było to dość niewygodne, i namoczone liście, które przedostawały się do ust, przeszkadzały w delektowaniu się trunkiem. Do rytuału wprowadzono więc zwyczajną słomkę, która jednak wcale się nie sprawdzała, ponieważ liście często ją zatykały. Wymyślono bambusową rurkę ślepo zakończoną, którą podziurkowano i okazało się to wynalazkiem na miarę wszechczasów. Od tamtej pory pije się yerbę tylko przez rurkę zakończoną siteczkiem, dzisiaj zwana bombilą, z naczynka w kształcie dzbanuszka nazywanego mate. Legendy głoszą, że to napój podarowany przez bogów ciężko pracującym na roli Indianom po to, by dodać im sił i wyleczyć ich z nękających schorzeń.
 Przyglądam się jeszcze raz, tym razem już z większym szacunkiem fusiastemu naparowi, którym tak delektują się inni. Smak jest cierpki, raczej mało przyjemny. Nadal nie rozumiem, po co się tak męczyć. W Azji wymyślono zieloną herbatę i chylę czoła w geście uznania. Napar posiada także zielonkawo- słomkowy odcień, lecz jest pyszny i zdrowy. A yerba mate? Moja sąsiadka upiera się, że jest zdrowa, trzeba ją pić i już. Zapewnia mnie, że mogą ją pić wszyscy, zarówno dzieci, starcy, jak i kobiety w ciąży. Jest bogata w witaminy i minerały, oczyszcza i reguluje układ trawienny, działa kojąco w sytuacjach stresowych. Zawiera mniej kofeiny niż kawa. Aby uzyskać ilość kofeiny zawartej w szklance kawy potrzebne jest około stu torebek yerba mate. Działanie stymulujące wywołuje mateina, substancja, która występuje tylko w liściach yerba mate i w przeciwieństwie do kofeiny, nie wywołuje uzależnienia.
 Właściwe przyrządzenie naparu to rytuał. Należy wsypać około pół naczynia ziela i zalać je zimną wodą. Tym sposobem namoczone rozdrobnione liście pozbywają się goryczki. Po odlaniu tego gorzkiego napoju należy zaparzyć yerba mate wodą o temperaturze około osiemdziesięciu stopni Celsjusza i parzyć nie dłużej niż trzy do pięciu minut. Potem po wypiciu naparu przez bombillę można zaparzyć zioła jeszcze dwa lub nawet trzy razy, otrzymując tak samo smaczny i wartościowy napój.
 Mam wrażenie, że nie tylko walory smakowe i cudowny wpływ na zdrowie mają tu znaczenie. Rozglądam się po autobusie i jestem pewna, że ci którzy smakują yerba mate po prostu lubią sam sposób picia tego napoju, który jest jednocześnie swoistą, małą ceremonią. Sączenie yerba mate z naczynka mate i przez bombillę sprawia im niewątpliwie przyjemność, jest elementem codziennego życia i częścią kultury w tej części świata, co wielokrotnie obserwowałam w trakcie mojej podróży. Wiktor Ostrowski w książce „Życie wielkiej rzeki” napisał: W czasie wędrówek po Ameryce Południowej picie yerba mate było i jest czymś w rodzaju barometru przyjaźni, nieomylną oznaką uczuć, jakie żywią do mnie spotkani ludzie. Jeżeli samotnego wędrowca witano świeżo zaparzoną yerbą – byłem spokojny. Jeżeli nie – wolałem opuścić dom czy nawet miejsce przy ognisku.
tekst i fot.: Edyta Buchert

Zmieniony ( 03.11.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Polecamy

baner_malopolska.jpg
australia_kangaroo1_kopia.jpg
kaszuby_polnocne.jpg
¦więtokrzyskie
Sardynia
podlaskie
Kroscienko
warmia i mazury
sadecczyzna
indonezja
mazowsze
tunezja
czechy
cypr
slowacja
rowery
 

Partnerzy

Sardynia
cw
maison
FOTO-NOVA 
111111111111111.jpg
 

Gościmy

Odwiedza nas 2 gości